D*ckhead! you suck!!! (wanna know how much?;)
Jeśli po tym, jak bezpodstawnie pan T zesłał mnie na tydzien ciężkich robót w oddalonym od mego domu o 11 mil (17.7km) sklepie w Notting Hill, jeszcze nie wie, jak bardzo ssie, to gorąco polecam nowy na rynku SUCK GAUGE!
Jezeli jutro okaże się, że z tego powodu nie będę mogła wziąć wolnej soboty by zabrać się pociągiem z Dawgiem na ujażmianie Surrey Hils, to osobiście owe ustrojstwo zakupię i odwiedzę go w nowym błyszczącym sklepie, by wręczyć uroczyście ;_;
Tymczasem zaprzątnę sobie myśli budowaniem pasującego tylnego kółka podczas lunchu^_^ i reklamacją nowego bar-mount'u do kamerki dzięki ktoremu footage z poniedziałkowej bike-wyprawy nie istnieje ;_; A szkoda, bo pomimo niskiej temperatury w ciągu dnia wylazło słonce i momentami trzeba było śmigać w krótkim rękawku :3
Jako, że robi się niewcześnie, dobrej nocy żyzcząc, udam się na spoczynek. Nighty-night ^^
a.
Tetem kotletem
Powinnam już dawno spać, by jutro otworzyć oczęta na czas i zebrać się do pracy bez pośpiechu, gdyż poranne ściganie się z taksowkami na Old Kent Road powoduje stres i niestrawność ;D
Niestety testowe filmy z kamerki zgrywaja sie niemilosiernie dlugo a wypadaoby je jeszcze przejrzeć zanim wskoczy się w niedzielę do pociągu wraz z rowerkiem i ruszy na poszukiwanie przygody (i błota;).
Ha! planowalam dluższą wypowiedź, ale zgrywanie zostało zakończone sukcesem i czas na mnie.
Yoshu - to chyba dobrze, że Cię rowerkowanie naszło, życzę miłego wprowadzania w źycie -^_^-
2010-01-16 02:37:16skomentuj (4)
Swinley, Surrey, UK
Witam wieczorną porą. Założenie było, by wrzucić sprawozdanko pod wieczór tego samego dnia, lecz muszę przyznać, że poległam. Jako wymówkę mam chwilową awarię ogrzewania i ciepłej wody, która to przymusiła mnie po powrocie z jazdy do przykrycia się kołdrą. To uczyniwszy, naraziłam się jednak na działanie Morfeuszowych sztuczek, by jakims cudem obudzić się rano na czas i zostawiwszy laptopa samego w lóżku, udać się do pracy.
Zacznijmy od banałów: o ile w ciągu dnia nie padało, to przez cały poprzedzający tydzień owszem, w związku z czym wodoodporne skarpetki przydały się jak cholera i muszę przyznać, że mimo pewnej osobliwej sztywności materiału okazały się być wygodne i zdołały utrzymać moje stopy z dala od błocka i wody, chlapiących na prawo i lewo. Duuuuuży duży plus dla SealSkinz - bezkompromisowe rozwiązanie sytuacje, gdzie wysokie zimowe buty byłyby udręką. Spośród zapasów energetycznych zaś na czoło wysunął się MuleBar, jako mniej zapychający paszczę, o świeższym, owocowym smaku, zdecydowanie bardziej przemawia do zmachanych ludzi. Clif ma w sobie za duźo z ciasta i dobrze się go konsumuje po wysiłku raczej, niz podczas.
Pompki, całe szczęscie nie musiałam testować ;D
Sama jazda na przedpotopowej Konie okazała się być nadspodziewanie przyjemna, rowerek sprawował się dobrze, łącznie z zawieszeniem, choć tego nie dawało się uspokoić na podjazdach, co wiele razy doprowadziło mnie do kresu możliwości (tętno max. 208 [sic!] uderzeń/sek.). Mimo to jestem mu wdzięczna za stabilne prowadzenie się, w nagrodę dostał więc fajną fotę ;D
Teren zalesiony, choć niewielki, został doskonale wykorzystany na poprowadzenie zaskakująco długich singletracków i jeżeli dodać do poniższego obrazka masę błota, wyglądał mniej więcej tak: Hardtail MTB edit - Swinley (swoją drogą: cudny filmik**). Dlatego też, gdy cała nasza piątka zakamuflażowanych człekopodobnych bestii na kółkach dotarła na stację Waterloo, głupawy uśmiech nie spełzał nam z twarzy i prawie nie zauważaliśmy zerkających z dezaprobatą bądź uciekających w popłochu przechodniów zamkniętych w ich ciasnych garniturach...
Do następnego! (Oby szybko, bo w kwietniu pewnie czakają nas śnieżyce ;p)